Rano obudził mnie budzik. Leżałam w ubraniu na pościeli. Kiedy tylko otworzyłam oczy poczułam, jak promienie słońca ranią moje oczy. Huk rozlepił moje powieki i sprawił, że zabolała mnie głowa. Ten ból miał mi towarzyszyć przez cały dzień, póki resztka alkoholu nie opuści mojego organizmu całkowicie. Wiedziałam, że powinnam się streścić. Za niedługo miałam wychodzić do pracy, ale złe samopoczucie i odruchy wymiotne nie pozwalały mi się podnieść nawet na centymetr. - Diana? Wstałaś już? - do mojego pokoju wkroczył John. Oparł się o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersi i patrzył się na mnie z litością. - Odejdź. - zawarczałam gardłowo. Alkohol zawsze zmieniał mi głos, a kac tylko to potęgował. Na drugi dzień zawsze, ale to zawsze brzmiałam jak czterdziestoletni mężczyzna o głębokim barytonie. Piękne dźwięki. Mogłam warczeć jak pies chory na wściekliznę i burczeć, udając, że komuś buntuje się żołądek. - Musisz się już podnosić. Podrzucę cię do pracy, ale zbieraj się powoli. - powiedz...