Przejdź do głównej zawartości

20.

Rano obudził mnie budzik. Leżałam w ubraniu na pościeli. Kiedy tylko otworzyłam oczy poczułam, jak promienie słońca ranią moje oczy. Huk rozlepił moje powieki i sprawił, że zabolała mnie głowa. Ten ból miał mi towarzyszyć przez cały dzień, póki resztka alkoholu nie opuści mojego organizmu całkowicie. Wiedziałam, że powinnam się streścić. Za niedługo miałam wychodzić do pracy, ale złe samopoczucie i odruchy wymiotne nie pozwalały mi się podnieść nawet na centymetr.
- Diana? Wstałaś już? - do mojego pokoju wkroczył John.
Oparł się o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersi i patrzył się na mnie z litością.
- Odejdź. - zawarczałam gardłowo.
Alkohol zawsze zmieniał mi głos, a kac tylko to potęgował. Na drugi dzień zawsze, ale to zawsze brzmiałam jak czterdziestoletni mężczyzna o głębokim barytonie. Piękne dźwięki. Mogłam warczeć jak pies chory na wściekliznę i burczeć, udając, że komuś buntuje się żołądek.
- Musisz się już podnosić. Podrzucę cię do pracy, ale zbieraj się powoli. - powiedział blondyn, na co warknęłam i schowałam głowę pod poduszką.
Nie chciałam wstawać, nie miałam sił ani ochoty, ani najmniejszej motywacji, może poza tą, że muszę iść do pracy.
Słyszałam jak John znika w krótkim korytarzu, więc leniwie zsunęłam się z łóżka upadając na podłogę i zaczęłam raczkować w kierunku komody. Miałam niechybne wrażenie, że jeżeli tylko podniosę się wyżej, od razu stracę resztki tego, co zostało w moim żołądku.
Klęcząc na podłodze wygrzebałam z szuflady bieliznę i chciałam cudem przenieść się do łazienki. Niestety poskąpiono mi takich umiejętności jak teleportacja, toteż mocno chwyciłam się komody i wolno zaczęłam się podnosić na równe nogi. Kiedy tylko cały mój ciężar miałam utrzymać w pionie, od razu się zachwiałam. Sunąc blisko ściany dotarłam do łazienki. Prysznic miał mi pomóc...
* * *
Do kawiarni weszłam jak druga. Tak przynajmniej myślałam, skoro drzwi były otwarte, a w środku panowała głucha cisza. Nie odzywając się poszłam na zaplecze zostawić swoje rzeczy i założyć ten uroczy fartuszek, który musiałam nosić, a który co jakiś czas rozwiązywał mi się i spadał na podłogę. A może to nie był wcale przypadek? Może miałam go nie nosić.
Miałam kaca, zaczęłam wymyślać bzdury.
Wkroczyłam na zaplecze, gdzie spotkałam Jima. Stał odwrócony do mnie plecami i coś kreślił na naszym grafiku.
- Hm, dzień dobry? - odezwałam się niepewnie.
Mężczyzna odwrócił się do mnie z tym swoim szerokim i ciepłym uśmiechem i skinął mi głową.
- Witaj, moja droga. - odpowiedział mi, a jego głos spokojny głos na moment ukoił pulsujący ból w skroniach. - Coś źle dzisiaj wyglądasz. - mruknął jakby zmartwiony.
- Nie, ja tak wyglądam codziennie rano. - westchnęłam przyzwyczajona do takich stwierdzeń.
- Chodź, nie ma jeszcze nikogo, zaparzę nam świeżej kawy. - zaproponował Jim.
Kawa, gorąca kawa... Marzyłam o niej. Pokiwałam lekko głową i ruszyłam za dziadkiem Alana. Usiadłam przy stoliku, który był najbliżej Jima i zaczęłam go obserwować. Jak jego sprawne dłonie parzą świeżą kawę. Ten cudowny aromat omiótł mnie ramionami i rozpłynął się po całym pomieszczeniu. Pierwsza kawa na ten dzień, pierwsza która przyciągnie wielu klientów.
Po kilku minutach miałam w dłoni porcelanową filiżankę i wdychałam ten aromatyczny zapach. Czułam, jak mężczyzna mi się przygląda, uważnie i niemal że każdemu szczegółowi.
- Coś jest ze mną nie tak? - zapytałam w końcu.
- Dlaczego pytasz? - zdziwił się mężczyzna.
- Przygląda mi się pan od dłuższego czasu i zastanawiam się dlaczego. Dlatego też pytam, czy coś ze mną jest nie tak. - wzruszyłam ramionami obserwując jego reakcję.
Jim uśmiechnął się pod nosem i upił kilka łyków swojej kawy.
- Jesteś piękną dziewczyną i bardzo interesującą osobą. Myślę, że z taką obserwacją spotykasz się u wielu osób. - stwierdził.
- Czy ja wiem... - mruknęłam upijając łyk kawy.
Nie byłam piękną, nie byłam żadną miss, a tym bardziej nie zwracałam na siebie uwagi ludzi, a przynajmniej taka miałam nadzieje. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi wielu. Nie potrzebowałam tego, raczej to mnie przygniatało. Dlaczego miałabym być gwiazdą pośród ludzi i być z tego powodu nieszczęśliwą.
Kiedy się nad tym zastanawiałam, w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwoneczków. Pojawili się pierwsi klienci. Najwyższa pora zabrać się do pracy...
* * *
- Cześć dziadku! - stałam przy stoliku ukrytym w rogu, więc nie widziałam, kiedy Alan wszedł do kawiarni, ale za to usłyszałam go już w pierwszej możliwej chwili.
Zerknęłam za siebie przez ramię i ujrzałam lekko uśmiechniętego bruneta. Za Alanem ujrzałam zasnutego smutkiem Azela.
- Dzień dobry, Jim. - przywitał mężczyznę.
Zanim którykolwiek odwrócił się w moją stronę, ja szybko zabrałam się za zbieranie brudnych filiżanek ze stolika. Z pełną tacą przemknęłam się niepostrzeżenie na zaplecze i zaczęłam zmywać.
- Gdzie Diana? - usłyszałam stłumiony głos bruneta.
- No cóż... Powinna gdzie być tutaj. Jeżeli nie na sali to na zapleczu. Zdaje się, że dzisiaj zmywa. - odpowiedział mu Jim, na co tylko westchnęłam.
Nie minęła nawet minuta, kiedy dwójka przyjaciół wkroczyła na zaplecze i stanęłam dokładnie za mną.
- Co tu robicie? - zapytałam cicho.
- Nie przywitasz się? - mruknął niezadowolony Alan.
Nabrałam w dłonie piany, która wytworzyła się od płynu do naczyń i odwróciłam się do chłopców z szelmowskim uśmiechem.
- Witajcie moimi mili! - powiedziałam oficjalnie, po czym przystawiłam szybko dłonie do ust i zdmuchnęłam pianę prosto na zdziwionego Alana i smutnego Azela.
Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że na twarzy szatyna pojawił się cień uśmiechu. Spokojnie wytarłam dłonie w ręcznik i ze śmiechem podeszłam do nich. Ucałowałam Alana w policzek, a przed Azelem stanęłam niepewnie, po czym nie widząc niczego złego w tym co robię ujęłam jego twarz w dłonie i ucałowałam jego czoło. Jego ręce przyciągnęły mnie do siebie i objęły. Przytuliłam go spokojnie, po czym stanęłam obok.
- Chcecie kawy? - zapytałam.
- Z miłą chęcią. - odpowiedzieli jednocześnie i oboje tak samo – bez większego entuzjazmu.
Ruszyłam przed nimi do drzwi i wyszłam prosto za ladę, gdzie stał Jim obsługując jakiegoś mężczyznę.
Widząc mnie oboje się uśmiechnęli, na co tylko skinęłam uprzejmie głową i zaczęłam parzyć dwie kawy.
- Kochana, to już koniec twojej zmiany. Zaparzysz kawe i masz wolne. - odezwał się Jim, kiedy mnie mijał.
- Dzięki. - westchnęłam z ulgą przelewając napar do dwóch filiżanek.
Szybko podałam je chłopcom, a sama poszłam po swoje rzeczy, które zgarnęłam ekspresowo i już po chwili siedziałam naprzeciwko Alana i Azela.
- Jak się czujesz? - zwróciłam się do szatyna.
- Chyba tak jak wyglądam. - wzruszył ramionami.
- Czyli w miarę dobrze. - uśmiechnęłam się lekko, jakby na pocieszenie, po czym zwróciłam się do Alana. - Chciałeś porozmawiać?
- Nie, to już nieaktualne. - stwierdził.
Oboje byli jakby nieobecni w moim towarzystwie. Alan pił kawę tak, jakby musiał za pięć minut być na drugim końcu miasta, zaś Azel pił tak, jakby było mu to obojętne co pije.
- Wybaczcie mi, ale chyba zaraz się spóźnię. Muszę uciekać. - odezwał się Alan i odstawił filiżankę z niedopitą kawą na spodek. - Zobaczymy się wieczorem? - zapytał.
- Możemy. - zgodziłam się.
- Zadzwonię do was. - zapewnił nas brunet, po czym wstał, ucałował mnie w czoło i zniknął, jak gdyby nigdy nic.
- Co mu jest? - zdziwiłam się.
- Ma randkę. - odpowiedział Azel i spojrzał się na mnie szklanym wzrokiem.
- Oh, no to... chyba się cieszę. - westchnęłam. - W takim razie mam rozumieć, że mam się tobą dzisiaj zaopiekować? - uśmiechnęłam się.
- Nie jestem dzieckiem, nie potrzebuję opieki. - burknął na mnie szatyn.
- Niczego takiego nie stwierdziłam. To ty miałeś się mną opiekować, nie ja tobą, pamiętasz?
- No tak... Udane pierwsze spotkanie.
- Zostaw już tą kawę i chodź ze mną na spacer, zgoda? - poprosiłam.
- No nie wiem... - Azel nie był skory do jakiegokolwiek zetknięcia z otoczeniem.
Wstałam i podeszłam do niego. Nachyliłam się nad nim i nakazałam mu na siebie spojrzeć. Kciukiem musnęłam jego wargi.
- Co? - zapytał zdezorientowany.

- Nic, nadal mi się podobają. - westchnęłam całując kącik jego ust. - Chodź, nie masz wyboru. Czas na spacer.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

4.

Siedzieliśmy razem do wieczora, pijąc drinka za drinkiem, póki do mieszkania nie wrócił John obładowany zakupami. - John? – Odezwałam się z salonu. - Jestem w kuchni. – Głos brata dotarł do moich uszu. Wstałam podbierając się o fotel i chwiejnym krokiem przeszłam przez korytarz do kuchni. Stanęłam w drzwiach o mało nie tracąc równowagi. - Chryste, wypiłaś mi cały alkohol jaki tu miałem? – Zapytał zszokowany. Blondyn odłożył butelkę wody na blat, podszedł do mnie i wziął mnie na ręce. Od razu poczułam jego ciepłą skórę i spokojnie bijące serce. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego perfumy, to były te same, które kupiłam mu kilka lat wcześniej na urodziny. Nadal ich używał. Uśmiechnęłam się pod nosem. - Azel? – John zawołał w głąb mieszkania, jednak odpowiedziała mu grobowa cisza. Brat zaniósł mnie do pokoju, gdzie leżała moja torba, ułożył mnie na łóżku i pozwolił mi się ułożyć. Jedyne, co mogłam samodzielnie zrobić to chwycić zachłannie rąbek kołdry i się do niego przytulic. Z...