Przejdź do głównej zawartości

15.

- Halo? – odebrałam połączenie.
- Ty sobie chyba ze mnie kpisz dziewczyno. – zawarczał na mnie głos ojca przez telefon.
- Znowu chcesz się kłócić? Nie ma mnie w domu od kilku dni, a ty specjalnie dzwonisz do mnie i chcesz się kłócić? – zapytałam znużonym głosem.
- Diana, zakazałem ci jechać do niego! – wrzasnął.
- Widzę, że niesamowicie wcześnie zauważyłeś moją nieobecność w domu. Nie ma kto już sprzątać? Śmieszny… - burknęłam.
- Diana! – zawarczał.
- Daj mi spokój. – powiedziałam. – Jak będziesz chciał ze mną porozmawiać, to zadzwoń, ale jak masz na mnie się wydzierać, to cześć. – dodałam i rozłączyłam się.
Odrzuciłam telefon na bok i ukryłam głowę pod poduszką.
Spać, spać, spać i mieć wyjebane, pomyślałam zaciskając mocno powieki chcąc zasnąć.
Zaczęłam usypiać aż w końcu odpłynęłam. Śniłam o przelewie krwi, latających trzewiach, urywanych głowach i złowrogiej osobie, która śmiała się prosto w moją twarz, jakby zaraz miała mnie zabić, pożreć, wypatroszyć.
- Jezu… - jęknęłam gdy nagle się obudziłam.
- Co się stało? – w drzwiach nagle pojawił się John.
- Co? Oh, nic. – mruknęłam cicho podnosząc się do pozycji siedzącej.
Blondyn podszedł do mnie i wierzchem dłoni dotknął mojego czoła.
- Mała… Masz gorączkę. – stwierdził cicho.
Czułam się okropnie zmęczona, było mi gorąco a za chwilę zimno a dodatkowo czułam nadchodzącą migrenę.
- Przyniosę ci termometr, sprawdzisz.
Pokiwałam tylko głową na znak zgody i ułożyłam się wygodniej na pościeli. Nie miałam siły wstać, siły ani ochoty.
Brat wrócił po kilku minutach i podał mi elektryczny termometr. Potrzebowałam dwóch minut by dowiedzieć się, że temperatura mojego ciała przekracza 39 stopni.
- Oh, trzeba to zbić. – stwierdził John. – Co robiłaś, że masz taką gorączkę? – zdziwił się.
- Nie wiem. Byłam w pracy i tyle. Wyszłam z domu i na nogach poszłam do kawiarni. – wzruszyłam leniwie ramionami.
- Poczekaj tu, wrócę za moment. – westchnął blondyn i znów mnie zostawił.
Leniwie sięgnęłam po książkę, która leżała na małej szafeczce zaraz obok łóżka. Założyłam swoje okulary i zaczęłam czytać. W dłoniach trzymałam książkę grubości 500 stron z wielkim okiem w ramie. „Bezcenny” był moim ostatnim wydatkiem przed przyjazdem do Londynu. Musiałam się w końcu  za niego zabrać.
Kiedy wrócił John, ja leżałam rozłożona na całym łóżku z głową wspartą na dłoniach i czytałam. Blondyn usiadł na brzegu mojego łóżka i położył mi przed nosem siatkę z zakupami.
- Co to? – zapytałam odkładając książkę.
- Leki, witaminy, coś na zbicie gorączki. – odpowiedział.
Pokiwałam tylko głową i wyjęłam wszystkie pudełka z siatki. Rzeczywiście, wszystko to były leki, mniej bądź bardziej konwencjonalne.
Mój brat po raz kolejny zniknął z mojego pokoju by pojawić się po pięciu minutach z kubkiem gorącej herbaty. Postawił go na małej szafeczce, a sam położył się obok mnie.
- Bierz, wszystko po kolei, co da się połknąć. – polecił mi.
Westchnęłam cicho i wykonałam jego polecenie. Po chwili mogłam stwierdzić, że wpakowałam w siebie połowę apteki. Nieważne.
Upiłam kilka łyków gorącej herbaty i wgramoliłam się pod kołdrę.
- Cóż, chyba pójdziesz na chorobowe. – stwierdził.
- Co? Nie! Ledwo zaczęłam tam pracę! Muszę tam jutro iść! – sprzeciwiłam się.
- Jeżeli będziesz w takim stanie jak wyglądasz, to nie ma mowy.
- Ale John…
- Bez dyskusji. – uciął rozmowę.
Moja głowa ciężko opadła na poduszki. Zaczęłam gapić się w sufit.
- Ana, to dla twojego dobra, przecież wiesz…  - zaczął.
- Tak, jak zawsze… Każdy wie lepiej co jest dla mnie dobre. – warknęłam i odwróciłam się do niego plecami.
Słyszałam jak ciężko wzdycha i podnosi się z łóżka. Zanim jednak wstał, nachylił się nade mną i ucałował moje odkryte ramię. Odszedł równie cicho jak przyszedł.
Genialnie! Miałam za sobą jeden marny dzień pracy, a okazuje się, że przez najbliższy tydzień już się tam nie pojawię. Powinnam powiadomić o tym chociażby Alana, a może jego dziadka…
- Muszę tam iść i mu powiedzieć. – burknęłam pod nosem sama do siebie.
Leniwie podniosłam się z łóżka i zaczęłam się przebierać, kiedy usłyszałam jakiś ruch w mieszkaniu i dwa ściszone głosy.
- Alan, daj jej dziś spokój, jest chora. – odezwał się John.
- Co jej jest? – zapytał Alan z troską w głosie.
Obydwoje stali przy drzwiach i rozmawiali najciszej jak się dało, a ja jak na złość chciałam wiedzieć o czym.
- Panuje grypa, to normalne. – wyjaśnił mój brat.
- Pozwól mi się z nią zobaczyć chociażby na chwilę. Nie będę długo, obiecuję. – poprosił brunet.
- Alan, ona musi odpocząć, naprawdę źle się czuje. – mój brat był nieugięty.
- Zgoda… Przekaż jej, że załatwię jej tydzień zwolnienia póki co. Żeby się nie martwiła.
- Powiem jej.
- Dzięki…
Usłyszałam szczęk zamykanych drzwi i kroki mojego brata. Siedziałam na łóżku w samej bieliźnie kiedy ten zajrzał do mojej sypialni.
- Chyba nigdzie się nie wybierasz? – zapytał podejrzliwie.
- Nie, chciałam tylko się przebrać. – mruknęłam pod nosem biorąc do ręki koszulkę w której spałam.
Założyłam ją na siebie i na powrót weszłam pod kołdrę. Nienawidziłam być chora. Nienawidziłam być na litościwym utrzymaniu przez inną osobę. Zawsze musiałam radzić sobie sama w takich chwilach, a teraz… Teraz miałam zdać się na łaskę mojego brata. Czułam się nieznośnie bezsilna.
Sięgnęłam po telefon i słuchawki, puściłam muzykę i spróbowałam skupić się na czytaniu…
Pierwszy dzień choroby minął mi przy maltretowaniu zadrukowanych stron.
Następnego dnia, kolejnego i kolejnego leżałam bezczynnie w łóżku, kiedy tylko John kręcił się niedaleko mojego pokoju potulnie siedziałam pod kołdrą sącząc coraz to inną herbatę, łykając leki i czytając. Jednak, gdy tylko znikał z mieszkania ja wstawałam z łóżka, zakładałam grube wełniane skarpety i biegałam po pustym mieszkaniu. Czułam się jak mała dziewczynka, której zabawą było ślizganie się w skarpetach po panelach.
Szukałam czegoś co mogłoby mnie rozgrzać od środka porządniej od gorącej herbaty. Nigdzie nie mogłam znaleźć ani jednej butelki wódki, albo nie było, albo John jeszcze skuteczniej ukrył przede mną swój alkohol „w razie wypadku”.
- Ana, co ty robisz? – odezwał się mój brat, gdy wszedł do kuchni.
Stałam na palcach przy wysoko zawieszonej szafce i szukałam wódki. Poczułam jak moje mięśnie nagle zamierają w bezruchu.
- Ja? Szukam… Szukam… Hm… - zamruczałam zmieszana i zerknęłam na pudełko czekoladowych ciastek. – Ja szukałam właśnie tego. – powiedziałam pokazując słodycze.
Blondyn spojrzał się na mnie z niedowierzaniem i zaczął się śmiać, szczerze i donośnie, czego nie słyszałam od dobrych kilku dni.
- Bierz je i idź do siebie. Chyba, że chcesz się przenieść do salonu? – zaproponował.
- O tak, poproszę. Umrę, jeżeli spędzę jeszcze jeden długi dzień w tamtym pokoju. – westchnęłam.
- To idź na fotel, przyniosę ci kołdrę i poduszki. Zaraz rozłożę kanapę.
Pokiwałam zgodnie głową i poszłam do salonu. Mój brat już po chwili rzucił na mnie pościel, a sam zabrał się za majstrowanie przy kanapie, aż ta w końcu się rozłożyła. Ułożyłam się wygodnie na miękkim materacu, chwyciłam pilot od telewizora i włączyłam go. Na całe mieszkanie huknął jakiś porządny rock.
Miło było usłyszeć znajome brzemienia, gdyby nie fakt, że moją głowę roznosił ból nie do wytrzymania.
Ktoś nagle zadzwonił dzwonkiem do drzwi.
Spojrzeliśmy się na siebie z Johnem i wzruszyliśmy ramionami.
- Otworzę. – stwierdził i zniknął mi.
Usłyszałam jak otwiera drzwi i potem zapanowała głucha cisza. Nie odzywał się ani on ani tajemniczy gość, do czasu aż usłyszałam ciche kroki.
- Ana, do ciebie. – powiedział i wszedł do kuchni.
Gdy on zniknął, w salonie pojawił się nie kto inny a Azel.
Spojrzałam się na niego zdziwiona i skinęłam głową w stronę wolnego fotela. Szatyn usiadł niepewnie nie spuszczając ze mnie wzroku swoich szarych oczu.
- Coś się stało? – zapytałam zaczynając rozmowę.
- Chciałem sprawdzić jak się czujesz i czy czegoś nie potrzebujesz. – odpowiedział.
- Czuję się tak jak wyglądam, John świetnie sobie radzi z moimi potrzebami. – zapewniłam go.
Szatyn nie wyglądał na przekonanego. Cały czas niepewnie marszczył brwi i zerkał co chwila na swoje dłonie, które swoją drogą wyglądały jakby właśnie dostały padaczki.
- Coś się stało. – stwierdziłam. – Powiesz mi co?
- Ja… Nie miałem się do kogo zwrócić i pomyślałem o tobie. Moi rodzice… Oni… Cholera, dostałem zawiadomienie o pogrzebie moich rodziców. – wydusił z siebie.
Spojrzałam się na niego zszokowana. Czułam jak moje oczy stają się większe, usta lekko drżą, czuła jak łzy napływają mi do oczu widząc w jakim stanie znajdował się szatyn.
- Kiedy jest pogrzeb? – zapytałam cicho.
- Za trzy dni przywiozą tutaj ciała. Do kaplicy. Na mszę a później na pogrzeb… - powiedział ledwie dosłyszalnie.
- Pójdę z tobą. – zapewniłam go.
W tym momencie chłopak najzwyczajniej w świecie się rozpłakał. Zsunął się z fotela na kolana i padł zaraz przy mnie. Jego głowa znalazła się na moich udach. Czułam na swojej skórze jego gorące łzy i ciepłe dłonie, które oplatają moje nogi.
Nie mówiłam nic, nie wiedziałam co. Na pewno nie chciał usłyszeć ode mnie, że będzie dobrze. Wiedziałam, że przez długi czas nie będzie…
Przytuliłam go. Zaczęłam delikatnie gładzić dłonią jego ciemne rozkopane włos. Chciałam go uspokoić, ale on nie potrafił się do tego nawet zmusić.
- Hej… Pójdę tam z tobą. Nie będziesz sam. – obiecałam mu i ucałowałam czubek jego głowy.
Miałam wrażenie, że to go trochę uspokoiło…

Zaczyna się robić sentymentalnie i monotematycznie, nieważne.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

4.

Siedzieliśmy razem do wieczora, pijąc drinka za drinkiem, póki do mieszkania nie wrócił John obładowany zakupami. - John? – Odezwałam się z salonu. - Jestem w kuchni. – Głos brata dotarł do moich uszu. Wstałam podbierając się o fotel i chwiejnym krokiem przeszłam przez korytarz do kuchni. Stanęłam w drzwiach o mało nie tracąc równowagi. - Chryste, wypiłaś mi cały alkohol jaki tu miałem? – Zapytał zszokowany. Blondyn odłożył butelkę wody na blat, podszedł do mnie i wziął mnie na ręce. Od razu poczułam jego ciepłą skórę i spokojnie bijące serce. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego perfumy, to były te same, które kupiłam mu kilka lat wcześniej na urodziny. Nadal ich używał. Uśmiechnęłam się pod nosem. - Azel? – John zawołał w głąb mieszkania, jednak odpowiedziała mu grobowa cisza. Brat zaniósł mnie do pokoju, gdzie leżała moja torba, ułożył mnie na łóżku i pozwolił mi się ułożyć. Jedyne, co mogłam samodzielnie zrobić to chwycić zachłannie rąbek kołdry i się do niego przytulic. Z...