Azel siedział ze mną i Johnem przez kilka godzin, póki sam
nie stwierdził, to już pora na niego i że musi iść. Nie podobał mi się fakt,
żeby puszczać szatyna samego. Nie znałam go za dobrze, ale rozumiałam takie
umysły jak jego. Zapewne miał zamiar miotać się po mieście, póki nie
stwierdziłby, że ma już definitywnie dość. Albo wróciłby do domu albo poszedłby
do pierwszego lepszego baru, bądź monopolowego i najzwyczajniej w świecie
urżnął by się jak świnia.
Nie, takie aspekt nie odpowiadał mi w ogóle.
- John. Odprowadź go do mieszkania, możesz? – zapytałam szeptem brata.
Blondyn spojrzał się na mnie ze zrozumieniem i pokiwał tylko głową w odpowiedzi na tak. Byłam mu wdzięczna, że rozumiał mój tok myślenia, a rozumiał go, jak nikt inny nigdy by tego nie zrozumiał.
- Choć stary, idziemy. – zwrócił się do podłamanego szatyna.
Ten tylko ledwo pokiwał głową i spojrzał się na mnie. Jego oczy wyrażały ból, smutek i przede wszystkim strach. Jego strach wydawał się być żywym ogniem w jego ciele, jakby go palił, jednak on nie chciał o niczym powiedzieć. Tak, tak właśnie to wyglądało.
- Trzymaj się. – szepnęłam ledwie dosłyszalnie, a mimo wszystko on usłyszał i pokiwał tylko głową.
Chciałam się do niego uśmiechnąć, choćby tym cieniem uśmiechu, ale chyba nie potrafiłam. Moje usta wykrzywiały się w grymasach, ale nie w uśmiechu.
Już po chwili, gdy chłopcy zniknęli z salonu, usłyszałam dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, a później zapanowała już cisza.
Leniwie sięgnęłam po ciastka, które wzięłam z kuchni i nie zdążyłam ich nawet otworzyć. Przez cały czas leżały tuż przy kanapie i czekały, aż w końcu je zjem.
W zamyśleniu otworzyłam pudełko, wzięłam jedno z czekoladowych ciastek i je zjadłam. Robiłam to mechanicznie, wciąż myśląc o załamanym Azelu.
Mówiło się, że rodzice nigdy nie powinni patrzeć na pogrzeb swojego dziecka. Mówiło się, że dziecko nie powinno umierać przed rodzicami. Nikt nie mówił, że dziecko załamuje się gdy widzi, że już nigdy nie porozmawia ze swoimi rodzicami, nigdy się z nimi nie pokłóci, nigdy ich już więcej nie uściska, nie ujrzy uśmiechu matki, nie poczuje ciepłych dłoni ojca na swoich ramionach. Nikt nigdy nie mówił, że dziecko się załamie czując tak ogromną stratę. Nieważne w jakim wieku byłoby to dziecko.
Niewiele się zastanawiając zamiast po ciastko sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Alana.
Odebrał połączenie już po drugim sygnale.
- Diana? Coś się stało? – zapytał od razu.
- Nie… Chociaż… Właściwie to tak. Mam do ciebie prośbę. – odpowiedziałam niepewnie.
- Jaką? – zapytał.
- Przyjdź do mnie. Teraz. Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. Możesz?
- Za 5 minut mogę być u ciebie. – stwierdził.
- Dziękuję.
- To do zobaczenia w takim razie. – pożegnał się.
- Tak… Do zobaczenia. – westchnęłam i rozłączyłam się.
Zamiast ułożyć się wygodniej na kanapie poskładałam pościel tak by było więcej miejsca. Nie leżałam już pod kołdrą a siedziałam na niej po turecku i w zamyśleniu pochłaniałam ciastko za ciastkiem.
Z letargu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Poderwałam się lekko do góry i w kilku susach dotarłam do drzwi. Otworzyłam je i bez słowa wpuściłam swojego gościa. Widziałam, że bruneta zaintrygowały moje długie nogi. Nie zwróciłam na to już więcej uwagi, po prostu poprowadziłam go do salonu. Gestem dłoni wskazałam na kanapę.
- Więc… O czym chciałaś ze mną porozmawiać? – zapytał Alan gdy usiadłam po turecku w tym samym miejscu gdzie siedziałam wcześniej.
- Opowiadałeś mi o sobie i Azelu, ale nie zadałam ci pytań. – zaczęłam.
- Hmm… - zamruczał niepewnie.
- Azel. Co ty w tym momencie do niego czujesz? – rzuciłam bez zbędnego obchodzenia się z delikatnym tematem.
- Co? – zdziwił się brunet.
- To co słyszałeś. Co ty w tym momencie czujesz do Azela? – powtórzyłam swoje pytanie.
- Nie wiem. – odpowiedział machinalnie.
- Oczywiście że wiesz! – powiedziałam z oburzeniem. – Tylko nie chcesz się przyznać. – dodałam.
- Posłuchaj. Azel przegiął w tamtym momencie i widzę, że cokolwiek bym czuł, to nie zmieni jego nastawienia do mnie i Niny.
- Oh, pierdole tą dziewczynę! – zawarczałam. – Nie lubię jej nawet.. Nie znam jej, ale jej nie lubię.
- Diana… - westchnął zrezygnowany brunet.
Poirytowana poderwałam się do góry nie zwracając uwagi na podwiniętą koszulę. Stanęłam przy Alanie podpierając się pięściami po bokach i patrzyłam się na niego gniewnie.
- Chcesz być facetem? To się kurwa zacznij zachowywać jak facet! – krzyknęłam. – Alan, to już chyba ja jestem bardziej męska niż ty, oh… Może nie męska, ale przynajmniej rozumiem jak działają więzi między facetami. A wy postawiliście między sobą lesbijkę, która was kompletnie wychujała! – powiedziałam zdenerwowana. – Tak nie można! Nie można kończyć przyjaźni, bo was dwóch zakochało się w lesbijce. Na dodatek ona miała na was wjebane. Odeszła kiedy przyszła na nią pora. Tak to widzę.
- Do rzeczy. – powiedział ucho brunet.
- Do rzeczy? Dobra. – zawarczałam. – Azel cię potrzebuje.
Po moich ostatnich słowach oczy bruneta się powiększyły ze zdziwienia. Widziałam, że on nawet nie rozumie co ja do niego mówię.
- Azel ma na mnie wyjebane. – rzucił z przekąsem.
- Nie. Nie ma. – uparłam się. – A teraz cię potrzebuje. Bardziej niż kiedykolwiek.
- Niby dlaczego? Niby dlaczego teraz? Jak przez cały ten czas sabotował każdy mój ruch. – Alan zaczął się denerwować to bardziej niż ja.
- Ty idioto. Boże, idioto… - jęknęłam.
Starałam się trzymać własne nerwy jak najbardziej na uwięzi, ale taka postawa jaką prezentował tym momencie brunet uruchamiała mnie co rusz.
- Myślałam, że on znaczy coś więcej dla ciebie niż tylko wspomnienie…. – zrezygnowałam.
- Może źle myślałaś. – burknął.
- Więc się pomyliłam. – stwierdziłam.
- W czym się pomyliłaś? – zapytał poirytowany brunet.
- W nadziei. Myślałam, że pomożesz mu stanąć na nogi. – szepnęłam. – Za trzy dni będzie pogrzeb jego rodziców. – dodałam.
- Co? – zapytał, a to krótkie pytanie rozbrzmiało echem w mojej pustej już głowie.
Usiadłam z powrotem na pościeli i schowałam twarz w swoich ramionach..
- Diana, co ty do mnie mówisz? – zapytał znów. – Jak to pogrzeb? Jego rodziców? Jego rodzice nie żyją? Cholera, dziewczyno odpowiedz mi w końcu!
- Czy ja do ciebie mówiłam po chińsku kurwa mać? TAK, JEGO RODZICE KURWA NIE ŻYJĄ. – odpowiedziałam głośno i dobitnie.
- Ja… Muszę iść. – powiedział Alan zrywając się z kanapy.
Spojrzałam się jak idzie do drzwi salonu, jak mija się w nich z moim zdziwionym bratem, widziałam jak odchodzi milcząc, a później usłyszałam tylko trzask zamykanych drzwi.
Zdezorientowany blondyn usiadł obok mnie i zaczął się nachalnie na mnie gapić.
- No co? – zapytałam.
- Coś ty mu powiedziała? Co go ugryzło? – zapytał.
- Ja go ugryzłam. – wzruszyłam ramionami. – Możemy obejrzeć jakiś film? Chcę odrobiny spokoju.
Blondyn pokiwał tylko głową i poszedł po piórnik, gdzie trzymał wszystkie swoje płyty z filmami. Usiadł obok mnie, a ja odruchowo zaprosiłam go do siebie pod kołdrę. Miałam zamiar się przytulić, obejrzeć film i przetrwać resztę tego dnia.
(…)
Dni do pogrzebu były odliczane jak do wybuchu bomby atomowej, albo do wystartowania rakiety. Ponura atmosfera udzieliła się tej części Londynu, gdzie Azel miał wszystkich swoich znajomych, tak samo znajomych jego rodziców.
Wiedziałam tyle co nic. Wiedziałam, że ciała jego rodziców są już w kaplicy, wiedziałam, że nie odstępuje ich ani na krok, wiedziałam, że msza miała zacząć się o 15, a o 16 miał być pochówek. Tego dnia Londyn wyglądał na zasmucony, przygaszony i ciemny. Burzowe chmury przysłoniły błękitne niebo, a drobny deszcz spadał na szare chodniki.
Ubrana w długą czarną suknię szłam pod rękę z Johnem. Brat zaprowadził mnie do kaplicy, gdzie pierwsze kogo ujrzałam to Azela.
Szatyn był zmęczony, jego oczy z tych idealnie szarych stały się przekrwione, wypłakane, zmęczone. Nie bacząc na nikogo od razu do niego podeszłam. Położyłam mu delikatnie dłoń na ramieniu, tak by go nie wystraszyć. Gdy tylko na mnie spojrzał od razu wstał i wpadł w moje ramiona. Zaniósł się płaczem.
- Chodź ze mną. Zaraz tutaj wrócimy. Musisz się umyć i przebrać. – szepnęłam do niego.
- Ja… Ja nie mogę ich zostawić. – odpowiedział szlochając.
- John tutaj będzie. Będzie czuwał. – uspokoiłam go i wyprowadziłam na zewnątrz. – Jesteś tutaj na nogach, czy autem? – zapytałam.
Szatyn od razu podał mi kluczyki do ręki i wskazał na jedną z dwóch Impali stojących na parkingu. Pokiwałam tylko głową i poprowadziłam go do auta.
W jego mieszkaniu znaleźliśmy się szybciej niż myślałam. Od razu kazałam mu iść się wykąpać, a sama zaczęłam szykować dla niego ubranie na pogrzeb…
Nie wiem czy mam jakiś dziwny nastrój, czy po prostu musiałam pisać o czymś mało przyjemnym, ale ten rozdział o dziwo mi się podoba. Mam nadzieję, że przypadnie do gustu. Następny? Może niedługo.
Nie, takie aspekt nie odpowiadał mi w ogóle.
- John. Odprowadź go do mieszkania, możesz? – zapytałam szeptem brata.
Blondyn spojrzał się na mnie ze zrozumieniem i pokiwał tylko głową w odpowiedzi na tak. Byłam mu wdzięczna, że rozumiał mój tok myślenia, a rozumiał go, jak nikt inny nigdy by tego nie zrozumiał.
- Choć stary, idziemy. – zwrócił się do podłamanego szatyna.
Ten tylko ledwo pokiwał głową i spojrzał się na mnie. Jego oczy wyrażały ból, smutek i przede wszystkim strach. Jego strach wydawał się być żywym ogniem w jego ciele, jakby go palił, jednak on nie chciał o niczym powiedzieć. Tak, tak właśnie to wyglądało.
- Trzymaj się. – szepnęłam ledwie dosłyszalnie, a mimo wszystko on usłyszał i pokiwał tylko głową.
Chciałam się do niego uśmiechnąć, choćby tym cieniem uśmiechu, ale chyba nie potrafiłam. Moje usta wykrzywiały się w grymasach, ale nie w uśmiechu.
Już po chwili, gdy chłopcy zniknęli z salonu, usłyszałam dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, a później zapanowała już cisza.
Leniwie sięgnęłam po ciastka, które wzięłam z kuchni i nie zdążyłam ich nawet otworzyć. Przez cały czas leżały tuż przy kanapie i czekały, aż w końcu je zjem.
W zamyśleniu otworzyłam pudełko, wzięłam jedno z czekoladowych ciastek i je zjadłam. Robiłam to mechanicznie, wciąż myśląc o załamanym Azelu.
Mówiło się, że rodzice nigdy nie powinni patrzeć na pogrzeb swojego dziecka. Mówiło się, że dziecko nie powinno umierać przed rodzicami. Nikt nie mówił, że dziecko załamuje się gdy widzi, że już nigdy nie porozmawia ze swoimi rodzicami, nigdy się z nimi nie pokłóci, nigdy ich już więcej nie uściska, nie ujrzy uśmiechu matki, nie poczuje ciepłych dłoni ojca na swoich ramionach. Nikt nigdy nie mówił, że dziecko się załamie czując tak ogromną stratę. Nieważne w jakim wieku byłoby to dziecko.
Niewiele się zastanawiając zamiast po ciastko sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Alana.
Odebrał połączenie już po drugim sygnale.
- Diana? Coś się stało? – zapytał od razu.
- Nie… Chociaż… Właściwie to tak. Mam do ciebie prośbę. – odpowiedziałam niepewnie.
- Jaką? – zapytał.
- Przyjdź do mnie. Teraz. Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. Możesz?
- Za 5 minut mogę być u ciebie. – stwierdził.
- Dziękuję.
- To do zobaczenia w takim razie. – pożegnał się.
- Tak… Do zobaczenia. – westchnęłam i rozłączyłam się.
Zamiast ułożyć się wygodniej na kanapie poskładałam pościel tak by było więcej miejsca. Nie leżałam już pod kołdrą a siedziałam na niej po turecku i w zamyśleniu pochłaniałam ciastko za ciastkiem.
Z letargu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Poderwałam się lekko do góry i w kilku susach dotarłam do drzwi. Otworzyłam je i bez słowa wpuściłam swojego gościa. Widziałam, że bruneta zaintrygowały moje długie nogi. Nie zwróciłam na to już więcej uwagi, po prostu poprowadziłam go do salonu. Gestem dłoni wskazałam na kanapę.
- Więc… O czym chciałaś ze mną porozmawiać? – zapytał Alan gdy usiadłam po turecku w tym samym miejscu gdzie siedziałam wcześniej.
- Opowiadałeś mi o sobie i Azelu, ale nie zadałam ci pytań. – zaczęłam.
- Hmm… - zamruczał niepewnie.
- Azel. Co ty w tym momencie do niego czujesz? – rzuciłam bez zbędnego obchodzenia się z delikatnym tematem.
- Co? – zdziwił się brunet.
- To co słyszałeś. Co ty w tym momencie czujesz do Azela? – powtórzyłam swoje pytanie.
- Nie wiem. – odpowiedział machinalnie.
- Oczywiście że wiesz! – powiedziałam z oburzeniem. – Tylko nie chcesz się przyznać. – dodałam.
- Posłuchaj. Azel przegiął w tamtym momencie i widzę, że cokolwiek bym czuł, to nie zmieni jego nastawienia do mnie i Niny.
- Oh, pierdole tą dziewczynę! – zawarczałam. – Nie lubię jej nawet.. Nie znam jej, ale jej nie lubię.
- Diana… - westchnął zrezygnowany brunet.
Poirytowana poderwałam się do góry nie zwracając uwagi na podwiniętą koszulę. Stanęłam przy Alanie podpierając się pięściami po bokach i patrzyłam się na niego gniewnie.
- Chcesz być facetem? To się kurwa zacznij zachowywać jak facet! – krzyknęłam. – Alan, to już chyba ja jestem bardziej męska niż ty, oh… Może nie męska, ale przynajmniej rozumiem jak działają więzi między facetami. A wy postawiliście między sobą lesbijkę, która was kompletnie wychujała! – powiedziałam zdenerwowana. – Tak nie można! Nie można kończyć przyjaźni, bo was dwóch zakochało się w lesbijce. Na dodatek ona miała na was wjebane. Odeszła kiedy przyszła na nią pora. Tak to widzę.
- Do rzeczy. – powiedział ucho brunet.
- Do rzeczy? Dobra. – zawarczałam. – Azel cię potrzebuje.
Po moich ostatnich słowach oczy bruneta się powiększyły ze zdziwienia. Widziałam, że on nawet nie rozumie co ja do niego mówię.
- Azel ma na mnie wyjebane. – rzucił z przekąsem.
- Nie. Nie ma. – uparłam się. – A teraz cię potrzebuje. Bardziej niż kiedykolwiek.
- Niby dlaczego? Niby dlaczego teraz? Jak przez cały ten czas sabotował każdy mój ruch. – Alan zaczął się denerwować to bardziej niż ja.
- Ty idioto. Boże, idioto… - jęknęłam.
Starałam się trzymać własne nerwy jak najbardziej na uwięzi, ale taka postawa jaką prezentował tym momencie brunet uruchamiała mnie co rusz.
- Myślałam, że on znaczy coś więcej dla ciebie niż tylko wspomnienie…. – zrezygnowałam.
- Może źle myślałaś. – burknął.
- Więc się pomyliłam. – stwierdziłam.
- W czym się pomyliłaś? – zapytał poirytowany brunet.
- W nadziei. Myślałam, że pomożesz mu stanąć na nogi. – szepnęłam. – Za trzy dni będzie pogrzeb jego rodziców. – dodałam.
- Co? – zapytał, a to krótkie pytanie rozbrzmiało echem w mojej pustej już głowie.
Usiadłam z powrotem na pościeli i schowałam twarz w swoich ramionach..
- Diana, co ty do mnie mówisz? – zapytał znów. – Jak to pogrzeb? Jego rodziców? Jego rodzice nie żyją? Cholera, dziewczyno odpowiedz mi w końcu!
- Czy ja do ciebie mówiłam po chińsku kurwa mać? TAK, JEGO RODZICE KURWA NIE ŻYJĄ. – odpowiedziałam głośno i dobitnie.
- Ja… Muszę iść. – powiedział Alan zrywając się z kanapy.
Spojrzałam się jak idzie do drzwi salonu, jak mija się w nich z moim zdziwionym bratem, widziałam jak odchodzi milcząc, a później usłyszałam tylko trzask zamykanych drzwi.
Zdezorientowany blondyn usiadł obok mnie i zaczął się nachalnie na mnie gapić.
- No co? – zapytałam.
- Coś ty mu powiedziała? Co go ugryzło? – zapytał.
- Ja go ugryzłam. – wzruszyłam ramionami. – Możemy obejrzeć jakiś film? Chcę odrobiny spokoju.
Blondyn pokiwał tylko głową i poszedł po piórnik, gdzie trzymał wszystkie swoje płyty z filmami. Usiadł obok mnie, a ja odruchowo zaprosiłam go do siebie pod kołdrę. Miałam zamiar się przytulić, obejrzeć film i przetrwać resztę tego dnia.
(…)
Dni do pogrzebu były odliczane jak do wybuchu bomby atomowej, albo do wystartowania rakiety. Ponura atmosfera udzieliła się tej części Londynu, gdzie Azel miał wszystkich swoich znajomych, tak samo znajomych jego rodziców.
Wiedziałam tyle co nic. Wiedziałam, że ciała jego rodziców są już w kaplicy, wiedziałam, że nie odstępuje ich ani na krok, wiedziałam, że msza miała zacząć się o 15, a o 16 miał być pochówek. Tego dnia Londyn wyglądał na zasmucony, przygaszony i ciemny. Burzowe chmury przysłoniły błękitne niebo, a drobny deszcz spadał na szare chodniki.
Ubrana w długą czarną suknię szłam pod rękę z Johnem. Brat zaprowadził mnie do kaplicy, gdzie pierwsze kogo ujrzałam to Azela.
Szatyn był zmęczony, jego oczy z tych idealnie szarych stały się przekrwione, wypłakane, zmęczone. Nie bacząc na nikogo od razu do niego podeszłam. Położyłam mu delikatnie dłoń na ramieniu, tak by go nie wystraszyć. Gdy tylko na mnie spojrzał od razu wstał i wpadł w moje ramiona. Zaniósł się płaczem.
- Chodź ze mną. Zaraz tutaj wrócimy. Musisz się umyć i przebrać. – szepnęłam do niego.
- Ja… Ja nie mogę ich zostawić. – odpowiedział szlochając.
- John tutaj będzie. Będzie czuwał. – uspokoiłam go i wyprowadziłam na zewnątrz. – Jesteś tutaj na nogach, czy autem? – zapytałam.
Szatyn od razu podał mi kluczyki do ręki i wskazał na jedną z dwóch Impali stojących na parkingu. Pokiwałam tylko głową i poprowadziłam go do auta.
W jego mieszkaniu znaleźliśmy się szybciej niż myślałam. Od razu kazałam mu iść się wykąpać, a sama zaczęłam szykować dla niego ubranie na pogrzeb…
Nie wiem czy mam jakiś dziwny nastrój, czy po prostu musiałam pisać o czymś mało przyjemnym, ale ten rozdział o dziwo mi się podoba. Mam nadzieję, że przypadnie do gustu. Następny? Może niedługo.
czekam na następny ;))
OdpowiedzUsuń