Nie pierwszy raz pomagałam ludziom przetrwać pogrzeb. Byłam
już na tak wielu… Zbyt wielu jak na mój wiek. Miałam czasem głupie wrażenie, że
to właśnie za mną chodzi śmierć, która zabiera niewinnych. To był bolesny
widok. Za każdym razem czułam jak łzy napływają mi do oczu widząc krytyczny
stan innych osób, tych mi bliskich, jak i dalekich. To było najmniej ważne,
chciałam tylko pomóc.
Stałam w sypialni szatyna i przekopywałam jego szafę w poszukiwaniu garnituru. Znalazłam go upchniętego na samym końcu mebla, ukrytą między różnymi koszulami i bluzami. Wyjęłam też dla niego czarną koszulę i wszystko razem położyłam ostrożnie na pościelonym łóżku.
Wyjrzałam z sypialni. Po pustym mieszkaniu echem roznosił się dźwięk wody. Szatyn się kąpał, więc postanowiłam poczekać w kuchni.
Rozejrzałam się trochę po jego mieszkaniu. Było takie… Perfekcyjne. Nie za duże i nie za małe, tak modernistycznie urządzone, prostota i elegancja w jednym. Podobało mi się.
Usiadłam w kuchni i nalałam sobie szklankę wody. Sączyłam ją dopóki dopóty Azel nie wyszedł z łazienki z przepasanym ręcznikiem na biodrach.
- Diana? – zapytał łamiącym się głosem.
- Tutaj jestem. – odpowiedziałam cicho stojąc w drzwiach ze szklanką wody.
Szatyn odwrócił się do mnie twarzą i lekko się uśmiechnął, a przynajmniej spróbował.
- Idź się ubrać. Musimy tam zaraz wracać. – westchnęłam smętnie.
Chłopak pokiwał tylko głową i zniknął w swojej sypialni. Minęło może 10 minut, kiedy nie wychodził, więc postanowiłam zajrzeć.
Azel próbował zapiąć właśnie guziki koszuli. Widziałam świeże łzy na jego polikach. Jego dłonie trzęsły się gorzej niż wtedy w mieszkaniu Johna.
- Pozwól mi. – poprosiłam cicho odstawiając szklankę na bok.
Podeszłam do szatyna i wolno zapięłam jego koszulę. Widziałam jak ciężko przychodzi mu wydobycie z siebie choćby głupiego ‘dziękuję’, choć wcale o to nie prosiłam.
Nagle szatyn najzwyczajniej w świecie osunął się na podłogę i rozpłakał się.
- Oh Azel… - szepnęłam klękając obok niego.
Pozwoliłam mu schować się w moich objęciach. Pozwoliłam mu zanosić się głośnym szlochem, który utrudniał mu oddychanie. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a jego płuca zaczną się dopominać o kilka głębszych wdechów.
- Posłuchaj mnie uważnie. – zaczęłam. – Musisz się uspokoić, nie płacz już. – szepnęłam. – Musisz stawić temu czoła, wiesz o tym. Wiesz, że nic już tego nie odwróci. Ale… Ale musisz zawsze wiedzieć, że pomimo tego, że pochowasz dziś swoich rodziców, oni zawsze będą przy tobie.
Azel nic mi nie odpowiedział. Po prostu słuchał i płakał.
- Łzy to tylko sposób na pozbycie się ciśnienia. Ale nie można tak w nieskończoność. Proszę, oddychaj. Zacznij głęboko oddychać. – poprosiłam czując jak szatyn płytko oddycha.
Zelżyłam swój uścisk i pozwoliłam mu nabrać więcej powietrza. Zrobił tak jak mówiłam. Po kilku minutach łzy już nie spływały po jego policzkach. Jego oczy nadal był przekrwione i zmęczone, ale już nie płakały.
- Spójrz na mnie. – szepnęłam chwytając delikatnie jego podbródek.
Uniosłam jego głowę lekko do góry, tak by jego spojrzenie spotkało moje. Tak bardzo mnie to zabolało. Ten chłopak był pierwszą osobą, której spojrzenie sprawiło, że poczułam jak moje serce rozpada się z hukiem na miliony kawałków.
- Pojedziemy teraz do kaplicy. Dobrze? – zapytałam.
- Dobrze. – szepnął zdławionym głosem.
Pomogłam mu wstać i razem wyszliśmy z mieszkania. Wsiedliśmy w jego auto i czym prędzej pomknęliśmy do kaplicy, gdzie zaczynał zbierać się duży tłum.
Gdy tylko pojawiliśmy się na horyzoncie, ludzie rozstąpili się na boki robiąc nam przejście. Co krok słyszałam zjadliwe szepty kobiet, które fałszywie współczuły załamanemu „dzieciakowi”.
Weszliśmy do kaplicy. Przy dwóch trumnach czekał na nas John ze spuszczonym wzrokiem na własne buty. On nigdy nie lubił pogrzebów – zresztą… Kto je lubił? Nigdy nie wiedział, jak powinien się zachować. Widziałam, że boli go to wszystko tak samo jak mnie.
Poprowadziłam szatyna do trumien i pozwoliłam mu usiąść przy nich. Widziałam jak jego drżąca dłoń powędrowała do zimnej dłoni jego matki. Nie płakał. Milczał.
W tym czasie zdążyłam się rozejrzeć po kaplicy. Szukałam znajomej twarzy, jednak takowej nigdzie nie było.
Po kilkunastu minutach do kaplicy wszedł ksiądz. Azel potulnie odsunął się na bok stając tuż obok mnie. Miałam wrażenie, w sumie wiedziałam, że potrzebuje dotyku mojego ciała. Nie chciał odstąpić mnie na krok.
Rozpoczęła się jedna z najsmutniejszych mszy jakie dotąd przeżyłam…
(…)
Droga na cmentarz nie była długa, a mimo wszystko wolny przemarsz za trumną dłużył się niemiłosiernie, co tylko uruchamiało kolejne fale łez wielu osób. Razem z Azelem szłam na samym przedzie, za mną wolno kroczył mój brat, a za nim cała reszta ludzi.
Szliśmy do kaplicy, gdzie dwie ciemne trumny miały spocząć w jednej z trzech dużych ścian.
Patrzyłam jak wsuwają je do dużego otworu, jedna na drugą, widziałam jak zakrywają ją wielką betonową płytą, którą musieli tam zamurować.
Na niej zawisła tabliczka z imionami i nazwiskiem rodziców Azela, a pod nią był krótki napis.
„Na zawsze w sercach”.
Widziałam jak szatyn zmusza się do patrzenia na to. Zmusza się by nie płakać. Czułam jak uginają się pod nim kolana, dlatego trzymałam go za ramię najmocniej jak tylko potrafiłam.
Ksiądz wygłosił swoje ostatnie zdanie, amen. Kilka osób wypowiedziało swoje ostatnie słowa do zmarłych. Nikt nie oczekiwał, że Azel również zabierze głos, kiedy ten nagle przemówił.
- Przepraszam was, że nie poświęciłem wam tak dużo czasu, jak tego chcieliście. Przepraszam za każdą kłótnię, przepraszam za moje głupie zachowanie, przepraszam za brak mojej obecności przy was. Przepraszam, że przestałem wam mówić jak bardzo was kocham i jak bardzo za wami tęsknię. Teraz jedyne co mogę zrobić to powiedzieć wam to i po prostu odejść. Wybaczcie mi wszystko, kocham was i będę was kochał na zawsze. Proszę… Bądźcie moimi aniołami. – wyszeptał ledwie dosłyszalnie, a mimo wszystko jego szept rozniósł się po surowej kaplicy trafiając do wszystkich uszu.
Poczułam jak pieką mnie oczy. Nie chciałam wypuścić tych małych szatańskich kropelek łez na światło dzienne. Powstrzymywałam się przed tym z wszystkich swoich sił. Jednak widząc to zbolałe spojrzenie szatyna, którym obdarzył grób swoich rodziców, ten ruch, gdy zostawiał na ziemi dwie czerwone róże sprawiły, że zapłakałam.
W końcu cofnął się o dwa kroki do tyłu i stanął przy mnie. W dłoni trzymałam jedną różę, którą spokojnym ruchem położyłam na ziemi. Zaraz po tym ludzie podchodzili do betonowej płyty i kładli przy niej wieńce pożegnalne. I wtedy go zobaczyłam. Jak szedł ze spuszczonym wzrokiem na dwie białe róże. Alan ułożył je delikatnie na stercie kwiatów i zatrzymał się przed Azelem.
- Bracie… - szepnął, po czym nie czekając na odpowiedź chwycił szatyna i przytulił go najmocniej ze wszystkich swoich sił.
Widziałam jak się obejmują. Zrozumiałam, że dobrze zrobiłam. Oni potrzebowali siebie nawzajem.
Kaplica pustoszała. W końcu zostałam w niej tylko ja, Azel, Alan i John.
- Chcesz pobyć sam? – zapytałam cicho szatyna.
Ten tylko przytaknął niemo głową, więc zabrałam ze sobą dwóch chłopców na zewnątrz, gdzie usiedliśmy na małej drewnianej ławce w cieniu ogromnej wierzby.
Wierzby zawsze pasowały do cmentarz. Wielkie, stare, wiekowe, zawsze zanoszące się płaczem nad zbolałymi ludźmi opłakującymi swoich ukochanych.
- Dziękuję, że tego nie zostawiłeś. – zwróciłam się do Alana.
- Nie mogłem. – wzruszył ramionami.
Cała jego postawa ciała wyrażała ogromny smutek.
Gdy tylko Azel wyszedł z kaplicy podszedł do nas i wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę papierosów.
Odpalił jednego i podał mi paczkę. Zrobiłam to samo co on.
- Co dalej? – zapytał Alan cicho.
- Dalej? Dalej nie wiem. – westchnął szatyn.
- Chodźmy do nas. – zaproponował John, na co tylko pokiwałam głową na zgodę.
Spojrzałam się na Azela z pytaniem w oczach. Ten tylko wzruszył ramionami i już po chwile wlekł noga za nogą tuż za nami.
- Jedź z Alanem. Ja pojadę z Azelem. – powiedziałam do Johna i nie czekając na nic porwałam szatyna do jego auta.
Nie musiałam się nawet prosić o kluczyki. Wsadził mi je w dłoń w momencie gdy były bardzo blisko siebie. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w ślad za Johnem.
No i co dalej?
Stałam w sypialni szatyna i przekopywałam jego szafę w poszukiwaniu garnituru. Znalazłam go upchniętego na samym końcu mebla, ukrytą między różnymi koszulami i bluzami. Wyjęłam też dla niego czarną koszulę i wszystko razem położyłam ostrożnie na pościelonym łóżku.
Wyjrzałam z sypialni. Po pustym mieszkaniu echem roznosił się dźwięk wody. Szatyn się kąpał, więc postanowiłam poczekać w kuchni.
Rozejrzałam się trochę po jego mieszkaniu. Było takie… Perfekcyjne. Nie za duże i nie za małe, tak modernistycznie urządzone, prostota i elegancja w jednym. Podobało mi się.
Usiadłam w kuchni i nalałam sobie szklankę wody. Sączyłam ją dopóki dopóty Azel nie wyszedł z łazienki z przepasanym ręcznikiem na biodrach.
- Diana? – zapytał łamiącym się głosem.
- Tutaj jestem. – odpowiedziałam cicho stojąc w drzwiach ze szklanką wody.
Szatyn odwrócił się do mnie twarzą i lekko się uśmiechnął, a przynajmniej spróbował.
- Idź się ubrać. Musimy tam zaraz wracać. – westchnęłam smętnie.
Chłopak pokiwał tylko głową i zniknął w swojej sypialni. Minęło może 10 minut, kiedy nie wychodził, więc postanowiłam zajrzeć.
Azel próbował zapiąć właśnie guziki koszuli. Widziałam świeże łzy na jego polikach. Jego dłonie trzęsły się gorzej niż wtedy w mieszkaniu Johna.
- Pozwól mi. – poprosiłam cicho odstawiając szklankę na bok.
Podeszłam do szatyna i wolno zapięłam jego koszulę. Widziałam jak ciężko przychodzi mu wydobycie z siebie choćby głupiego ‘dziękuję’, choć wcale o to nie prosiłam.
Nagle szatyn najzwyczajniej w świecie osunął się na podłogę i rozpłakał się.
- Oh Azel… - szepnęłam klękając obok niego.
Pozwoliłam mu schować się w moich objęciach. Pozwoliłam mu zanosić się głośnym szlochem, który utrudniał mu oddychanie. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a jego płuca zaczną się dopominać o kilka głębszych wdechów.
- Posłuchaj mnie uważnie. – zaczęłam. – Musisz się uspokoić, nie płacz już. – szepnęłam. – Musisz stawić temu czoła, wiesz o tym. Wiesz, że nic już tego nie odwróci. Ale… Ale musisz zawsze wiedzieć, że pomimo tego, że pochowasz dziś swoich rodziców, oni zawsze będą przy tobie.
Azel nic mi nie odpowiedział. Po prostu słuchał i płakał.
- Łzy to tylko sposób na pozbycie się ciśnienia. Ale nie można tak w nieskończoność. Proszę, oddychaj. Zacznij głęboko oddychać. – poprosiłam czując jak szatyn płytko oddycha.
Zelżyłam swój uścisk i pozwoliłam mu nabrać więcej powietrza. Zrobił tak jak mówiłam. Po kilku minutach łzy już nie spływały po jego policzkach. Jego oczy nadal był przekrwione i zmęczone, ale już nie płakały.
- Spójrz na mnie. – szepnęłam chwytając delikatnie jego podbródek.
Uniosłam jego głowę lekko do góry, tak by jego spojrzenie spotkało moje. Tak bardzo mnie to zabolało. Ten chłopak był pierwszą osobą, której spojrzenie sprawiło, że poczułam jak moje serce rozpada się z hukiem na miliony kawałków.
- Pojedziemy teraz do kaplicy. Dobrze? – zapytałam.
- Dobrze. – szepnął zdławionym głosem.
Pomogłam mu wstać i razem wyszliśmy z mieszkania. Wsiedliśmy w jego auto i czym prędzej pomknęliśmy do kaplicy, gdzie zaczynał zbierać się duży tłum.
Gdy tylko pojawiliśmy się na horyzoncie, ludzie rozstąpili się na boki robiąc nam przejście. Co krok słyszałam zjadliwe szepty kobiet, które fałszywie współczuły załamanemu „dzieciakowi”.
Weszliśmy do kaplicy. Przy dwóch trumnach czekał na nas John ze spuszczonym wzrokiem na własne buty. On nigdy nie lubił pogrzebów – zresztą… Kto je lubił? Nigdy nie wiedział, jak powinien się zachować. Widziałam, że boli go to wszystko tak samo jak mnie.
Poprowadziłam szatyna do trumien i pozwoliłam mu usiąść przy nich. Widziałam jak jego drżąca dłoń powędrowała do zimnej dłoni jego matki. Nie płakał. Milczał.
W tym czasie zdążyłam się rozejrzeć po kaplicy. Szukałam znajomej twarzy, jednak takowej nigdzie nie było.
Po kilkunastu minutach do kaplicy wszedł ksiądz. Azel potulnie odsunął się na bok stając tuż obok mnie. Miałam wrażenie, w sumie wiedziałam, że potrzebuje dotyku mojego ciała. Nie chciał odstąpić mnie na krok.
Rozpoczęła się jedna z najsmutniejszych mszy jakie dotąd przeżyłam…
(…)
Droga na cmentarz nie była długa, a mimo wszystko wolny przemarsz za trumną dłużył się niemiłosiernie, co tylko uruchamiało kolejne fale łez wielu osób. Razem z Azelem szłam na samym przedzie, za mną wolno kroczył mój brat, a za nim cała reszta ludzi.
Szliśmy do kaplicy, gdzie dwie ciemne trumny miały spocząć w jednej z trzech dużych ścian.
Patrzyłam jak wsuwają je do dużego otworu, jedna na drugą, widziałam jak zakrywają ją wielką betonową płytą, którą musieli tam zamurować.
Na niej zawisła tabliczka z imionami i nazwiskiem rodziców Azela, a pod nią był krótki napis.
„Na zawsze w sercach”.
Widziałam jak szatyn zmusza się do patrzenia na to. Zmusza się by nie płakać. Czułam jak uginają się pod nim kolana, dlatego trzymałam go za ramię najmocniej jak tylko potrafiłam.
Ksiądz wygłosił swoje ostatnie zdanie, amen. Kilka osób wypowiedziało swoje ostatnie słowa do zmarłych. Nikt nie oczekiwał, że Azel również zabierze głos, kiedy ten nagle przemówił.
- Przepraszam was, że nie poświęciłem wam tak dużo czasu, jak tego chcieliście. Przepraszam za każdą kłótnię, przepraszam za moje głupie zachowanie, przepraszam za brak mojej obecności przy was. Przepraszam, że przestałem wam mówić jak bardzo was kocham i jak bardzo za wami tęsknię. Teraz jedyne co mogę zrobić to powiedzieć wam to i po prostu odejść. Wybaczcie mi wszystko, kocham was i będę was kochał na zawsze. Proszę… Bądźcie moimi aniołami. – wyszeptał ledwie dosłyszalnie, a mimo wszystko jego szept rozniósł się po surowej kaplicy trafiając do wszystkich uszu.
Poczułam jak pieką mnie oczy. Nie chciałam wypuścić tych małych szatańskich kropelek łez na światło dzienne. Powstrzymywałam się przed tym z wszystkich swoich sił. Jednak widząc to zbolałe spojrzenie szatyna, którym obdarzył grób swoich rodziców, ten ruch, gdy zostawiał na ziemi dwie czerwone róże sprawiły, że zapłakałam.
W końcu cofnął się o dwa kroki do tyłu i stanął przy mnie. W dłoni trzymałam jedną różę, którą spokojnym ruchem położyłam na ziemi. Zaraz po tym ludzie podchodzili do betonowej płyty i kładli przy niej wieńce pożegnalne. I wtedy go zobaczyłam. Jak szedł ze spuszczonym wzrokiem na dwie białe róże. Alan ułożył je delikatnie na stercie kwiatów i zatrzymał się przed Azelem.
- Bracie… - szepnął, po czym nie czekając na odpowiedź chwycił szatyna i przytulił go najmocniej ze wszystkich swoich sił.
Widziałam jak się obejmują. Zrozumiałam, że dobrze zrobiłam. Oni potrzebowali siebie nawzajem.
Kaplica pustoszała. W końcu zostałam w niej tylko ja, Azel, Alan i John.
- Chcesz pobyć sam? – zapytałam cicho szatyna.
Ten tylko przytaknął niemo głową, więc zabrałam ze sobą dwóch chłopców na zewnątrz, gdzie usiedliśmy na małej drewnianej ławce w cieniu ogromnej wierzby.
Wierzby zawsze pasowały do cmentarz. Wielkie, stare, wiekowe, zawsze zanoszące się płaczem nad zbolałymi ludźmi opłakującymi swoich ukochanych.
- Dziękuję, że tego nie zostawiłeś. – zwróciłam się do Alana.
- Nie mogłem. – wzruszył ramionami.
Cała jego postawa ciała wyrażała ogromny smutek.
Gdy tylko Azel wyszedł z kaplicy podszedł do nas i wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę papierosów.
Odpalił jednego i podał mi paczkę. Zrobiłam to samo co on.
- Co dalej? – zapytał Alan cicho.
- Dalej? Dalej nie wiem. – westchnął szatyn.
- Chodźmy do nas. – zaproponował John, na co tylko pokiwałam głową na zgodę.
Spojrzałam się na Azela z pytaniem w oczach. Ten tylko wzruszył ramionami i już po chwile wlekł noga za nogą tuż za nami.
- Jedź z Alanem. Ja pojadę z Azelem. – powiedziałam do Johna i nie czekając na nic porwałam szatyna do jego auta.
Nie musiałam się nawet prosić o kluczyki. Wsadził mi je w dłoń w momencie gdy były bardzo blisko siebie. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w ślad za Johnem.
No i co dalej?
Komentarze
Prześlij komentarz