Chłopcy nadal
urzędowali w salonie, zaś ja postanowiłam przenieść się do
swojego pokoiku. Runęłam jak długa na miękki materac i otuliłam
się kocem. Leżałam z zamkniętymi oczyma ciężko oddychając,
kiedy usłyszałam cichy jęk otwieranych drzwi. Nawet się nie
podniosłam. Czasem lepiej było zignorować jakiś znak niż się mu
przyglądać. W tym wypadku tym „znakiem” był jeden z
chłopaków.
- Diana? - cichy głos należał do Azel'a.
- Hm? - mruknęłam spod koca.
Poczułam jak materac się ugina pod jego ciężarem. Odchyliłam lekko poły koca i spojrzałam się na szatyna. Nie musiałam nic mówić, samym wzrokiem zaprosiła go do siebie. Chłopak położył się obok mnie tuląc policzek do mojego ramienia a ja okryłam nas kocem. Po raz pierwszy czułam ciepło jego ciała tak mocno. Każde uderzenie jego serca wprawiało w dziwny stan, jakby zawieszenia.
- Co się stało? - zapytał cicho.
Wzięłam głębszy oddech, choć wcale nie było to łatwe i oparłam lekko policzek o jego głowę.
- Nic się nie stało. Przynajmniej nic co byłoby jakieś ważne. - odpowiedziałam spokojnie.
W gruncie rzeczy nie skłamałam, choć nie powiedziałam też prawdy. Kłótnie z ojcem były dla mnie dość dużym problemem, jednak on był na tyle mały, że nie mierzył się z sytuacją szatyna.
- Więc dlaczego się zamykasz w pokoju? -dopytywał się.
- Źle się czuję, ale to nie znaczy, że dzieje się jakaś tragedia.
- Diana...
- Azel, nie dziś. Kiedyś... Kiedyś może o tym porozmawiamy, ale na pewno nie teraz i nie w dzień takiej okoliczności, zgoda? - przerwałam nagle temat.
Czułam się lekko poirytowana wścibstwem chłopaka, jeżeli można było to tak nazwać. Kiedy nie chciałam o czymś rozmawiać, po prostu milczałam i izolowałam. To był jeden z najbezpieczniejszych wyjść w takich sytuacjach.
- Nie złość się. -szepnął szatyn.
Zachowywał się jak zasmucone dziecko, a to zachowanie wprawiało mnie w zakłopotanie i napawało litością. Czułam jak zbiera mi się na łzy. Przytuliłam chłopaka delikatnie i pozwoliłam mu się wygodnie ułożyć.
- Wybacz mi. - mruknęłam skruszona.
Palcem przejechałam delikatnie po jego ostro zarysowanej szczęce i w przypływie chwili ucałowałam jego czoło.
- Azel? Azel! - z salonu dobiegł nas głos Alana.
- Chyba im cie brak. -zauważyłam.
- Możliwe... Ale za dobrze mi obok ciebie. - mruknął w odpowiedzi.
Westchnęłam cicho i zaczęłam się lekko podnosić ciągnąc za sobą szatyna. Chwyciłam go za dłonie i razem podnieśliśmy się z mojego łóżka.
- Zostańmy tutaj. - poprosił cicho.
Jego głos był tak strasznie słaby, taki cichy i bez życia. Martwił mnie brak jakiejkolwiek energii u szatyna, martwiła mnie jego bladość i cienie pod oczami, martwił mnie jego wzrok, pusty choć pełen żalu i tęsknoty.
- Obiecuję, że jeżeli będziesz potrzebował towarzystwa, zawsze znajdziesz je u mnie, ale dzisiaj nie masz tylko mnie, ale dwóch przyjaciół. - powiedziałam dobitnie.
Chłopak spuścił wzrok na moje stopy. Ujęłam w dłoń jego podbródek i nakazałam mu spojrzeć mi w oczy. Oh, jego oczy pomimo straty nadal były niesamowite, hipnotyzujące, pochłaniały moją duszę.
- Rozumiesz? - zapytałam ciszej.
- Dobrze. - westchnął.
Ruszyłam do drzwi, kiedy Azel chwycił mnie za ramię i zatrzymał. Spojrzałam się na niego z pytaniem w oczach.
- Dziękuję. - powiedział.
- Za co? - zdziwiłam się.
- Za to co dla mnie robisz. - wyjaśnił i puścił mnie.
Wyszłam z pokoju z cieniem uśmiechu na twarzy, a zaraz za mną powlókł się szatyn.
- Gdzie byliście? - zapytał podejrzliwie John.
- W pokoju. - wzruszyłam ramionami opadając obok brata.
Wzięłam jego szklankę z wódką i upiłam wielki łyk. Zapaliło mnie w gardle, po czym poczułam odruch wymiotny, który zmusiłam się od siebie odsunąć.
- No i takim akcentem minął ten cholerny dzień. - zauważył Alan.
Rzeczywiście. Jakimś sposobem dotrwaliśmy do północy.
- Chyba czas się zbierać. - zauważył Azel.
- A może... - zaczęłam ale nie skończyłam, kiedy wzrok trzech chłopaków spoczął na mojej twarzy. - W sumie nieważne. - dodałam i wzięłam kolejny łyk wódki.
- Skoro tak, to odprowadzę was do drzwi. - odezwał się John.
Wstali, a ja nadal siedziałam i patrzyłam jak zabierają swoje rzeczy. Pierwszy podszedł do mnie Azel. Uklęknął obok i ujął moją dłoń w swoje.
- Pisz do mnie, jeżeli nie mógłbyś spać. - powiedziałam cicho.
Chłopak pokiwał tylko głową i ucałował mój policzek.
Zaraz za nim nachylił się nade mną Alan i ucałował mój drugi policzek.
- Chciałbym z tobą porozmawiać. Możemy się spotkać po twojej zmianie? - zapytał.
- Przyjdź po mnie. - zgodziłam się.
Brunet pokiwał głową i stanął obok swojego przyjaciela.
- Dzięki za wszystko. - powiedział Azel i spróbował się uśmiechnąć, ale zamiast tego wyszedł mu grymas bólu.
Nie mówiąc nic więcej John wyprowadził gości z mieszkania. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
- Co robiłaś z Azel'em sama? - zapytał, gdy wrócił.
- Oh daj mi spokój. - burknęłam na niego.
Blondyn usiadł obok mnie, a ja wtuliłam się w jego objęcia. Jego spokojny oddech i słodki zapach perfum powoli zaczynały mnie usypiać. Zamknęłam oczy i odpłynęłam w momencie, kiedy brat zaczął delikatnie wodzić palcami po odsłoniętym ramieniu i obojczyku.
- Śpij dobrze słońce. - szepnął zanim oddałam się Morfeuszowi.
Wybaczcie mi za nieobecność, mam nadzieję, że jeszcze ktoś wpada na mojego bloga i czyta moje wypociny. Mam wrażenie, że kolejne rozdziały utrzymam w tonie melancholii, zwłaszcza, że to mój obecny stan życiowy. Wszystko przekłada się na to co piszę, więc nie zrażajcie się tym zbytnio. Mam też nadzieję, że obecny styl mojego pisania nie będzie się tak różnił od początkowego.
W każdym bądź razie miło mi będzie za szczere opinie. Konstruktywna krytyka przyjmowana z wielkim zbawieniem, jednak chamskie komentarze nie przejdą. Bądźmy szczerzy, każdy może opierdolić, ale mało kto potrafi podać argument.
Pozdro.
Bang.
- Diana? - cichy głos należał do Azel'a.
- Hm? - mruknęłam spod koca.
Poczułam jak materac się ugina pod jego ciężarem. Odchyliłam lekko poły koca i spojrzałam się na szatyna. Nie musiałam nic mówić, samym wzrokiem zaprosiła go do siebie. Chłopak położył się obok mnie tuląc policzek do mojego ramienia a ja okryłam nas kocem. Po raz pierwszy czułam ciepło jego ciała tak mocno. Każde uderzenie jego serca wprawiało w dziwny stan, jakby zawieszenia.
- Co się stało? - zapytał cicho.
Wzięłam głębszy oddech, choć wcale nie było to łatwe i oparłam lekko policzek o jego głowę.
- Nic się nie stało. Przynajmniej nic co byłoby jakieś ważne. - odpowiedziałam spokojnie.
W gruncie rzeczy nie skłamałam, choć nie powiedziałam też prawdy. Kłótnie z ojcem były dla mnie dość dużym problemem, jednak on był na tyle mały, że nie mierzył się z sytuacją szatyna.
- Więc dlaczego się zamykasz w pokoju? -dopytywał się.
- Źle się czuję, ale to nie znaczy, że dzieje się jakaś tragedia.
- Diana...
- Azel, nie dziś. Kiedyś... Kiedyś może o tym porozmawiamy, ale na pewno nie teraz i nie w dzień takiej okoliczności, zgoda? - przerwałam nagle temat.
Czułam się lekko poirytowana wścibstwem chłopaka, jeżeli można było to tak nazwać. Kiedy nie chciałam o czymś rozmawiać, po prostu milczałam i izolowałam. To był jeden z najbezpieczniejszych wyjść w takich sytuacjach.
- Nie złość się. -szepnął szatyn.
Zachowywał się jak zasmucone dziecko, a to zachowanie wprawiało mnie w zakłopotanie i napawało litością. Czułam jak zbiera mi się na łzy. Przytuliłam chłopaka delikatnie i pozwoliłam mu się wygodnie ułożyć.
- Wybacz mi. - mruknęłam skruszona.
Palcem przejechałam delikatnie po jego ostro zarysowanej szczęce i w przypływie chwili ucałowałam jego czoło.
- Azel? Azel! - z salonu dobiegł nas głos Alana.
- Chyba im cie brak. -zauważyłam.
- Możliwe... Ale za dobrze mi obok ciebie. - mruknął w odpowiedzi.
Westchnęłam cicho i zaczęłam się lekko podnosić ciągnąc za sobą szatyna. Chwyciłam go za dłonie i razem podnieśliśmy się z mojego łóżka.
- Zostańmy tutaj. - poprosił cicho.
Jego głos był tak strasznie słaby, taki cichy i bez życia. Martwił mnie brak jakiejkolwiek energii u szatyna, martwiła mnie jego bladość i cienie pod oczami, martwił mnie jego wzrok, pusty choć pełen żalu i tęsknoty.
- Obiecuję, że jeżeli będziesz potrzebował towarzystwa, zawsze znajdziesz je u mnie, ale dzisiaj nie masz tylko mnie, ale dwóch przyjaciół. - powiedziałam dobitnie.
Chłopak spuścił wzrok na moje stopy. Ujęłam w dłoń jego podbródek i nakazałam mu spojrzeć mi w oczy. Oh, jego oczy pomimo straty nadal były niesamowite, hipnotyzujące, pochłaniały moją duszę.
- Rozumiesz? - zapytałam ciszej.
- Dobrze. - westchnął.
Ruszyłam do drzwi, kiedy Azel chwycił mnie za ramię i zatrzymał. Spojrzałam się na niego z pytaniem w oczach.
- Dziękuję. - powiedział.
- Za co? - zdziwiłam się.
- Za to co dla mnie robisz. - wyjaśnił i puścił mnie.
Wyszłam z pokoju z cieniem uśmiechu na twarzy, a zaraz za mną powlókł się szatyn.
- Gdzie byliście? - zapytał podejrzliwie John.
- W pokoju. - wzruszyłam ramionami opadając obok brata.
Wzięłam jego szklankę z wódką i upiłam wielki łyk. Zapaliło mnie w gardle, po czym poczułam odruch wymiotny, który zmusiłam się od siebie odsunąć.
- No i takim akcentem minął ten cholerny dzień. - zauważył Alan.
Rzeczywiście. Jakimś sposobem dotrwaliśmy do północy.
- Chyba czas się zbierać. - zauważył Azel.
- A może... - zaczęłam ale nie skończyłam, kiedy wzrok trzech chłopaków spoczął na mojej twarzy. - W sumie nieważne. - dodałam i wzięłam kolejny łyk wódki.
- Skoro tak, to odprowadzę was do drzwi. - odezwał się John.
Wstali, a ja nadal siedziałam i patrzyłam jak zabierają swoje rzeczy. Pierwszy podszedł do mnie Azel. Uklęknął obok i ujął moją dłoń w swoje.
- Pisz do mnie, jeżeli nie mógłbyś spać. - powiedziałam cicho.
Chłopak pokiwał tylko głową i ucałował mój policzek.
Zaraz za nim nachylił się nade mną Alan i ucałował mój drugi policzek.
- Chciałbym z tobą porozmawiać. Możemy się spotkać po twojej zmianie? - zapytał.
- Przyjdź po mnie. - zgodziłam się.
Brunet pokiwał głową i stanął obok swojego przyjaciela.
- Dzięki za wszystko. - powiedział Azel i spróbował się uśmiechnąć, ale zamiast tego wyszedł mu grymas bólu.
Nie mówiąc nic więcej John wyprowadził gości z mieszkania. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
- Co robiłaś z Azel'em sama? - zapytał, gdy wrócił.
- Oh daj mi spokój. - burknęłam na niego.
Blondyn usiadł obok mnie, a ja wtuliłam się w jego objęcia. Jego spokojny oddech i słodki zapach perfum powoli zaczynały mnie usypiać. Zamknęłam oczy i odpłynęłam w momencie, kiedy brat zaczął delikatnie wodzić palcami po odsłoniętym ramieniu i obojczyku.
- Śpij dobrze słońce. - szepnął zanim oddałam się Morfeuszowi.
Wybaczcie mi za nieobecność, mam nadzieję, że jeszcze ktoś wpada na mojego bloga i czyta moje wypociny. Mam wrażenie, że kolejne rozdziały utrzymam w tonie melancholii, zwłaszcza, że to mój obecny stan życiowy. Wszystko przekłada się na to co piszę, więc nie zrażajcie się tym zbytnio. Mam też nadzieję, że obecny styl mojego pisania nie będzie się tak różnił od początkowego.
W każdym bądź razie miło mi będzie za szczere opinie. Konstruktywna krytyka przyjmowana z wielkim zbawieniem, jednak chamskie komentarze nie przejdą. Bądźmy szczerzy, każdy może opierdolić, ale mało kto potrafi podać argument.
Pozdro.
Bang.
Komentarze
Prześlij komentarz