Rano obudził mnie budzik. Leżałam w ubraniu na pościeli. Kiedy tylko otworzyłam oczy poczułam, jak promienie słońca ranią moje oczy. Huk rozlepił moje powieki i sprawił, że zabolała mnie głowa. Ten ból miał mi towarzyszyć przez cały dzień, póki resztka alkoholu nie opuści mojego organizmu całkowicie. Wiedziałam, że powinnam się streścić. Za niedługo miałam wychodzić do pracy, ale złe samopoczucie i odruchy wymiotne nie pozwalały mi się podnieść nawet na centymetr. - Diana? Wstałaś już? - do mojego pokoju wkroczył John. Oparł się o framugę drzwi, skrzyżował ręce na piersi i patrzył się na mnie z litością. - Odejdź. - zawarczałam gardłowo. Alkohol zawsze zmieniał mi głos, a kac tylko to potęgował. Na drugi dzień zawsze, ale to zawsze brzmiałam jak czterdziestoletni mężczyzna o głębokim barytonie. Piękne dźwięki. Mogłam warczeć jak pies chory na wściekliznę i burczeć, udając, że komuś buntuje się żołądek. - Musisz się już podnosić. Podrzucę cię do pracy, ale zbieraj się powoli. - powiedz...
Chłopcy nadal urzędowali w salonie, zaś ja postanowiłam przenieść się do swojego pokoiku. Runęłam jak długa na miękki materac i otuliłam się kocem. Leżałam z zamkniętymi oczyma ciężko oddychając, kiedy usłyszałam cichy jęk otwieranych drzwi. Nawet się nie podniosłam. Czasem lepiej było zignorować jakiś znak niż się mu przyglądać. W tym wypadku tym „znakiem” był jeden z chłopaków. - Diana? - cichy głos należał do Azel'a. - Hm? - mruknęłam spod koca. Poczułam jak materac się ugina pod jego ciężarem. Odchyliłam lekko poły koca i spojrzałam się na szatyna. Nie musiałam nic mówić, samym wzrokiem zaprosiła go do siebie. Chłopak położył się obok mnie tuląc policzek do mojego ramienia a ja okryłam nas kocem. Po raz pierwszy czułam ciepło jego ciała tak mocno. Każde uderzenie jego serca wprawiało w dziwny stan, jakby zawieszenia. - Co się stało? - zapytał cicho. Wzięłam głębszy oddech, choć wcale nie było to łatwe i oparłam lekko policzek o jego głowę. - Nic się nie stało. Przynajmniej nic...